Nauczyciele

Stambuł – kontrastowe dziedzictwo przeszłości Dzień 2. Poniedziałek / Istanbul – contrasting heritage of the past Day 2 Monday

Dzień przywitał nas dosyć mrocznie. Sądziliśmy, że jest pochmurnie. Za oknem rozłożysta figa zabierała nam światło. Spacer na piętro, gdzie mieściła się nasza jadalnia, rozwiał wątpliwości. Naszym oczom ukazał się piękny morski krajobraz zatopiony w błękicie słonecznego nieba. W przyjemnością zjedliśmy smaczne śniadanie. Wypiliśmy poranną mocną, turecką kawę i weszliśmy na dach hostelu. Widok był jeszcze lepszy niż w jadalni. Wspaniale wyglądała Hagia Sophia, Błękitny Meczet, mury starego miasta, setki malowniczych domów. Morze Marmara tętniło warkotem ogromnych kontenerowców, dziesiątek kutrów, łódek.  

Punktualnie o godzinie 10 pojawił się nasz przewodnik Bahri. Subtelny, sympatyczny od razu wzbudził nasze zaufanie. Zabrał nas ponownie na taras. Nakreślił nam ogólny plan naszej wycieczki. Opowiedział o obiektach, które doskonale było widać z dachu hotelu. 

Wyruszyliśmy w stronę najciekawszych miejsc i zabytków starego miasta. Po drodze słyszeliśmy historie o drewnianych budynkach Stambułu, animozjach między Turkami a Grekami czy dziesiątki ciekawostek o historii mijanych miejsc. Zbliżając się do Hagii Sophii tłum turystów gęstniał. Dobrze, że poprzedniego dnia wieczorem udało się nam wejść do świątyni. Tak musielibyśmy stać pewnie z 2 h w gigantycznej kolejce. Przewodnik zadał retoryczne pytanie: Czy chcemy stanąć w kolejce i jeszcze raz wejść? Postanowiliśmy zmienić plan i od razu udać się do Topkapi Palace. Kolejne trzy godziny to okraszana setkami ciekawostek wizyta w przebogatych wnętrzach epokowego obiektu. Nasz przewodnik Bahri zasypywał nas masą ciekawostek. Barwnie opisywał otomańskie wnętrza, historię poszczególnych obiektów, zwyczaje, barwną historię sułtańskiego haremu. Mieliśmy okazję wczuć się w życie Sułtana podziwiając pełne przepychu bogato zdobione pomieszczenia, sufity, ściany, podłogi. Wysłuchać dziesiątki anegdot z historii sułtanatu.  

Podobnie było podczas zwiedzania Niebieskiego Meczetu. Zanim weszliśmy, musieliśmy poddać się kontroli, obowiązkowo zdjąć buty. W samej majestatycznej budowli urzekła nas ogromna dbałość o szczegóły.  

Nie widzieliśmy wszystkiego. W dużej części meczetu trwały prace konserwacyjne. Dużą część sklepienia zasłaniały monumentalne rusztowania. Najciekawsze było jednak zachowanie ludzi. Część w skupieniu pokornie się modliła. Część swobodnie rozmawiała. Między jednymi i drugimi przemierzali z aparatami głodni wrażeń turyści. Nikt na nikogo nie warczał. Każdy wiedział po co tu jest.  

Przy wyjściu niespodzianka. Pracownik meczetu zaczepia nas polszczyzną. Okazuje się, że mieszkał i studiował w Warszawie. Wręcza nam polskie wydania Koranu a także kilka periodyków z pogranicza filozofii, etyki i religii. Żegnamy się, zakładamy obuwie i idziemy dalej.  

Blisko meczetu znajduje się pradawny hipodrom. Dzisiaj nie widzimy tutaj koni i rydwanów – co najwyżej pośpiesznie przemierzające rzesze turystów. Słuchamy zachwytów na egipskimi obeliskami. Przyglądamy się wężowej kolumnie. Padają porównania do filmów, gdzie motyw ten był wykorzystywany (Julka pamięta film pt. 300). Ostatni motyw nad jakim pochylamy się nad fontanną – prezentem od króla Wilhelma – pozwala nam rześko przeniknąć do ruchliwej i malowniczej ulicy Divanloyu Caddeci. Mijamy tłumy, dziesiątki kuszących cukierni, lokalnych knajpek i restauracji. Po raz kolejny widzimy przechodzących ludzi przez środek ulicy i w innych wydawałoby się niebezpiecznych miejscach. Jak się przekonamy to chyba taki urok nie tylko Stambułu.  

Po kilku godzinach intensywnego zwiedzania wreszcie nadchodzi czas na długo oczekiwaną przez nas wizytę na GRAND BAZARZE. Zabytkowy budynek z kilkoma tysiącami sklepów atakuje nasze zmysły. Na pierwszy plan wysuwają się dziesiątki sklepów z biżuterią. Kolejne alejki to stoiska z tysiącami przypraw, słodyczy, owoców. Uwagę dziewczyn przykuwa sklep z odzieżą w jaką ubiera się małe dzieci na różne okazje. Hitem są także setki sklepów z bogato zdobionymi sukniami. Wychodzimy. Kierujemy się w stronę mostu Galata. Po drodze mijamy kilkanaście ulic gęsto zaludnionych przez kupujących. Wspominamy przewodnikowi, że nieco w mniejszej skali, ale dość podobnie wyglądał 20 lat temu nasz warszawski Stadion Dziesięciolecia. Przy okazji zastanawiamy się jaki ślad węglowy mają przedmioty tu wyprodukowane. I w jaki sposób my konsumenci przyczyniamy się do jego utrzymywania. Temat rzeka na okazję do pogadania w szkole. 

Wkraczamy na zabytkowy most Galata. Dowiadujemy się, że most w latach 90 padł ofiarą pożaru. Dzisiaj nie widać śladu. Most ma dwa poziomy. Z rekomendacji naszego sympatycznego przewodnika Bahriego wkraczamy na górny poziom. Przed wejściem uderza w nas fala roznoszącego się zapachu ryb. Na moście – co wiedzieliśmy w drodze z lotniska dnia poprzedniego – przy barierce stoją setki wędkarzy. Średnia odległość to jakiś metr. Do wody jest dobrych kilka metrów wysokości. Widok wydaje się dziwny, bo w Polsce zabronione jest polowanie z mostów. Wokół wędkarzy stoją wiaderka i styropianowe pojemniki na okazy. Okazuje się, że łupem padają głównie małe ryby podobne do makreli.  

Schodzimy z mostu. Wkraczamy do nadbrzeżnej dzielnicy Karakoy. Nasz przewodnik prowadzi nas malowniczymi uliczkami. Przypominają nieco awangardowe miejsca na Warszawskiej Pradze. Wszędzie zapachy robiącego się jedzenia. Próbujemy małży z dodatkami. Wędrujemy między knajpkami co raz wysłuchując ciekawostek o Stambule. Dobija godzina 17.00. Rozstajemy się z naszym cudownym przewodnikiem Bahrim. Dziękujemy za fantastyczne oprowadzanie, cierpliwość, wiedzę, otwarty umysł.  

Jesteśmy troszkę głodni. Wracamy do miejsca, gdzie dobrze pachniało. Ustawiamy się w kolejce do punktu, gdzie można kupić kanapkę z rybą. Dwóch młodzieńców szybko i sprawnie obraca ryby nad kuchenką. Dobrze przysmażone mięso ląduje w cieście „naleśnikopopodobnym” z dużą ilością pietruszki, pomidorów i sosów. Smakuje nam bardzo. Ale po całym dniu wędrówek to raczej przystawka. Postanawiamy wrócić do miejsca, w którym Julka widziała KUMPIR (wielki pieczony ziemniak z dodatkami w środku). Piszący te słowa zamawia GOZLEME – naleśnik z różnymi dodatkami np. szpinakiem ISPANAKLI. Do tego zamawiamy tradycyjną turecką herbatę – CAJ.  

Do hotelu mamy około 3 km. Postanawiamy przejść się uliczkami, którymi jeszcze nie było dane nam stąpać. Po drodze widzimy kolejną serię odważnych epizodów pod tytułem „Jak przejść przez ruchliwą jezdnię na czerwonym świetle i się nie zabić?”. TO chyba niepisana zasada, bo lokalna policja przymyka oko na takie wyczyny. Naszą uwagę wzbudza napis na policyjnym aucie. A brzmi on ZABITA. Następnego dnia dowiadujemy się, że to oznaczenie lokalnej policji, której zadaniem jest dbanie o porządek.  

Idziemy dalej. Na jednej z wąskich ulic widzimy jak auto skutecznie blokuje ruch tramwajowy i jak spokojnie reaguje motorniczy. Dwa auta po chwili rozpływają się w ruchu.  

Im bliżej głównych atrakcji starego miasta tym więcej „naganiaczy” To barwny element tutejszej kupieckiej kultury. Opieramy się atakom wypowiadając skuteczne „Maybe Tomorrow”. Ostatnie kilometr wydłuża się. Julia, Mirka, Paulina co raz zatrzymują się w zachwycie nad kafelkami, chustami itp. Wiemy, że jeszcze wrócimy tu w piątek. W hotelu czeka nas szybkie pakowanie i krótka drzemka przed nocnym transferem na lotnisko. Mija bardzo intensywny dzień. Nie możemy doczekać się naszego głównego celu wyjazdu. Wizyty w mieście Konya.

Grzegorz Babicki

It was a gloomy start of the day. We thought it was cloudy. Just outside our window, however, a sprawling fig tree was blocking the sunlight. A walk upstairs, where our dining room was located, quickly proved us wrong. We saw a beautiful sea landscape immersed in the azure of the sunny sky. We tucked into a tasty breakfast with pleasure. We drank our strong Turkish morning coffee and climbed onto the roof of the hostel. The view was even better than what we saw in the dining room. Hagia Sophia, the Blue Mosque, the old city walls and hundreds of picturesque houses looked simply wonderful. The Marmara Sea was buzzing with the whir of huge container ships, dozens of fishing vessels and small boats.

Our punctual guide, Bahri, showed up exactly at 10 o’clock. Gentlemanly and pleasant, he immediately earned our trust. He took us to the terrace again. He outlined the general plan of our trip. He talked us through the landmarks that were visible from the roof of the hotel.

We set off towards the most interesting places and monuments of the old town. On the way, we listened to stories about the wooden buildings of Istanbul, animosities between Turks and Greeks, and dozens of interesting facts about the history of the places we passed along the way. As we approached Hagia Sophia, we felt the crowd of tourists thickening. We were glad that we managed to enter the temple yesterday evening. Today, we would have to stand for 2 hours in a gigantic queue. The guide asked a rhetorical question: Do we want to wait in line to enter the temple again? We decided to change our plans and go straight to the Topkapi Palace. The next three hours were filled with hundreds of interesting facts while we visited the rich interiors of this epochal building. Bahri, our guide, simply showered us with an abundance of information. He vividly described the Ottoman interiors, the history of individual buildings, customs, and the vibrant history of the Sultan’s harem. We had the opportunity to step into the Sultan’s shoes, admiring the sumptuous, richly decorated rooms, ceilings, walls, floors and listening to dozens of anecdotes from the history of the Sultanate.

The situation was similar when we visited the Blue Mosque. Before entering, we had to pass through a security check and take off our shoes. In the majestic building itself, we were particularly captivated by amazing attention to detail.

We could not see everything. Much of the mosque was undergoing maintenance. A large part of the vault was covered with monumental scaffolding. The most interesting, however, was the behaviour of people. Some prayed humbly in concentration. Others talked freely. In their midst, thrill-hungry tourists armed with cameras travelled back and forth. There was no animosity between the people. Everyone knew what they had come for.

Surprise at the exit – one of the mosque employees speaks to us in Polish. It turns out that he lived and studied in Warsaw. He presents us with a Polish translation of the Quran as well as several journals that touch on philosophy, ethics and religion. We say goodbye, put on our shoes and move on.

Near the mosque, there is an ancient hippodrome. Today we do not see horses and chariots here – at best, masses of tourists rushing past. We listen to people admiring the Egyptian obelisks. We study the serpent column. There are mentions of films where this theme was used (Julka remembers the movie ‘300’). The last motif we encounter by the fountain – a gift from King Wilhelm – transports us to the busy and picturesque Divanloyu Caddeci street. We pass crowds, dozens of tempting patisseries, local eateries and restaurants. Once again, we see people walking across the middle of the street and in other seemingly dangerous places. As we will see, this local quirk is quite common outside of Istanbul as well.

After several hours of intensive sightseeing, the time has finally come for a long-awaited visit to the GRAND BAZAAR. A historic building with thousands of shops assaults our senses. At the forefront, there are dozens of jewellery stores. The following aisles contain stands with a wide variety of spices, sweets and fruit. The girls’ attention is drawn to the children’s formal dress shop, full of outfits for special occasions. Hundreds of stores selling ornate dresses are also a hit. We’re leaving. We head towards the Galata Bridge. On the way, we pass a dozen or so streets densely populated by buyers. We remind the guide that our Warsaw Dziesięciolecia Stadium looked a bit like this, but on a smaller scale. By the way, we wonder about the carbon footprint of the items produced here. And how we, the consumers, contribute to its high levels. A monumental topic to discuss in school.

We enter the historic Galata Bridge. We learn that the bridge suffered in a fire in the 90s. Today there is no sign of the past damage. The bridge has two levels. On the recommendation of our friendly guide Bahri, we enter the upper level. Before entering, we are hit by the smell of fish. On the bridge, as we witnessed on the way from the airport yesterday, hundreds of anglers are standing by the railing. The average distance between them is one metre. It’s a good few metres to the water. This view seems strange, because fishing from bridges is forbidden in Poland. There are buckets and polystyrene containers for the fish around the anglers. It turns out that most of the catch constitues small fish similar to mackerel.

We get off the bridge. We enter the coastal district of Karakoy. Our guide leads us through picturesque streets. They are somewhat reminiscent of avant-garde places in Warsaw’s Praga district. Smells of food cooking everywhere. We try the mussels with some toppings. We wander between pubs, constantly hearing interesting facts about Istanbul. It is 5pm. We are parting ways with our wonderful guide Bahri. Thank you for a fantastic tour, your patience, knowledge, and an open mind.

We’re a bit hungry. We go back to a place that smelled good. We line up at the counter where you can buy a fish sandwich. Two young men quickly and efficiently turn the fish over on the stove. Well-done meat ends up in pancake-like dough with lots of parsley, tomatoes and sauces. We like it very much. But after a day of hiking, it’s more of a starter. We decide to go back to the place where Julka saw KUMPIR (a huge baked potato with a selection of fillings inside). The author of these words orders GOZLEME – a pancake with various toppings, e.g. ISPANAKLI spinach. We also order traditional Turkish tea – CAJ.

We are about 3 km from the hotel. We decide to walk the streets that we haven’t been able to tread yet. Along the way, we see another series of bold scenes entitled “How to cross a busy road at a red light and not kill yourself?”. It’s probably an unwritten rule, because the local police turn a blind eye to such exploits. Our attention is drawn to the inscription on the police car. And it reads ZABITA (Polish for ‘killed’). The next day we find out that it is a sign of the local police, whose task is to enforce order.

We go further. On one of the narrow streets, we see a car effectively blocking the tram traffic and how calmly the tram driver reacts. Both vehicles disappear into traffic after a while.

The closer to the main attractions of the old town, the more people advertise their services in the street. It is a vibrant element of the local merchant culture. We resist the attacks by saying the effective “Maybe tomorrow”. The last kilometres drag on. Julia, Mirka and Paulina stop in delight over the tiles, scarves, etc. We know that we will come back here on Friday. At the hotel, we must pack quickly and take a short nap before the overnight transfer to the airport. A very intense day comes to a close. We are looking forward to our main destination – a visit to the city of Konya.

Grzegorz Babicki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *